Opowiadanie z tomu „Szpicbergen”

Świeżonka codziennie

 W tej knajpie śmierdziało tak samo jak w innych przydrożnych barach w Polsce. Przypalonym olejem i smażoną wieprzowiną. Weszłam tam, aby się napić kawy. Do domu miałam jeszcze ponad sto kilometrów. Nie chciałam zasnąć za kierownicą.
Przechodząc przez drzwi z napisem: „Świeżonka codziennie”, zawadziłam o wysoki próg. Ledwie utrzymałam  równowagę. Czułam, że za mną ktoś idzie. Nie odwracałam głowy, musiałam przytrzymać się futryny, żeby nie upaść. Rozsunęłam grube zasłony chroniące ciepło wewnątrz pomieszczenia. Stanęłam koło lady. Przyglądając się półkom pełnym słodyczy, czipsów i butelek z kolorowymi napojami.
– Kawu daj – usłyszałam za plecami niski głos kobiety.
To była ta dziewczyna, którą przed chwilą widziałam na drodze. Małą torebką na pasku kręciła kółka, dzięki czemu była jeszcze bardziej widoczna. Twarz miała mroczną, jakby dla niepoznaki pomalowaną sadzą. Jej włosy (może peruka) lśniły nienaturalnie. Jedyny jaśniejszy akcent na tej ponurej postaci stanowiło kilka oczek puszczonych w rajstopach, wszystkie na prawej nodze. Pomyślałam, że musi jej być cholernie zimno. Termometr
w samochodzie pokazywał pięć stopni poniżej zera. Kiedy zorientowałam się, że to właśnie ona stoi za mną, natychmiast przesunęłam się do przodu. Zapłaciłam za kawę, zebrałam drobne z plastikowego talerzyka i obróciłam się na pięcie, aby jak najszybciej uciec z tego miejsca.
– Nie dam – usłyszałam zdecydowany głos bufetowej.
– Bo co?
–  Bo mi wczoraj nie zapłaciłaś.
– O, nie zaplatila, nie zaplatila! Zapomniala, i wot wsio  – broniła się dziewczyna. – Zaplati, jak zarobi, kawu daj!
– Dam kawę, a potem będę cię po lesie szukała.
– Ne bede sukala, zaplaczu! I kluc do toaleta daj.
Usiadłam w najdalszym kącie sali. Stamtąd mogłam jej się dokładniej przyjrzeć. Była ładna, ale nie piękna. Jej twarz wydawała mi się znajoma, przypominała którąś z bohate-rek filmu Almodovara – intrygującą postać z niełatwym charakterem. Wypiłam jeden łyk i wyraźnie poczułam zapach stęchlizny. Uświadomiłam sobie nagle, że wczoraj w tej samej filiżance mogła moczyć dzioba właśnie ta diablica. Nie wiedziałam, co zrobić, odstawić tę kawę i wyjść niepostrzeżenie, czy złożyć reklamację, a tamta ciągle coś mówiła do właści-cielki baru. Kobieta udawała, że nie słyszy, obsługiwała następnego klienta. Z uwagą przy-jęła zamówienie, uśmiechając się półgębkiem, powoli wyszła na zaplecze, skąd wróciła z plastikowym talerzem pełnym smażonej wieprzowiny i wysuszonych na wiór frytek. Zaproponowała ketchup, coś do picia, a w końcu  podała wysokość należności. W trakcie odliczania reszty kąciki jej ust nerwowo podnosiły się, to znów opadały.
– Załatwić to ty się możesz w lesie!  –  wymamrotała w końcu – znowu nachlapiesz,
a ja będę musiała po tobie sprzątać!
– Bede ok, zobacy.
Podejrzewałam, że młoda przedłuża tę rozmowę po to, aby się ogrzać. Wypięła tyłek
w kierunku ognia, a my patrzyliśmy na nią jak na główną postać jakiegoś przedstawienia. My – przypadkowo zgarnięci z drogi widzowie – czekaliśmy na dalszy ciąg spektaklu. Ale ten nie trwał długo, zakończenie ogłosiła pani zajazdu. Wyszła zza kontuaru z kijem od szczotki i zamachnęła się na tę artystkę ze spalonego teatru. Wtedy tamta podniosła ramiona na znak poddania, rozsunęła popielate zasłony wiatrołapu i skierowała się do wyjścia. Ręce same złożyły się nam do oklasków.
– Zeby ty kciala, a nie mokla! – zasyczała wychodząc
i trzaskając drzwiami.
–  A ty, żebyś mogła, a nie chciała  –  krzyknęła za nią właścicielka baru „Świeżonka codziennie” – i więcej mi się tu nie pokazuj!